BOGOWIE SĄ WYPALENI – 30.10.2017. Duży Format Gazeta Wyborcza
Kwiecień 8, 2019
ŻEGNAM SIĘ Z TOBĄ – XI 2018. CHARAKTERY
Kwiecień 11, 2019

OSWOIĆ ŚMIERĆ – 30.10.2017. POLITYKA

ŹRÓDŁO:

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1725476,1,psycholozka-justyna-rutkowska-o-oswajaniu-smierci.read

  • WYWIAD z Justyną Rutkowską
  • Paweł Walewski
  • 30 października 2017

Justyna Rutkowska jest psychologiem, trenerem i terapeutą psychoonkologicznego programu Simontona. W latach 2002-2016 była wolontariuszką (2002 – 2005), a następnie psychologiem w hospicjum. W między czasie m.in. koordynatorem dla wolontariuszy, PR-owcem, rzecznikiem, sekretarzem Zarządu, założyła w Hospicjum grupę wsparcie dla dzieci osieroconych, prowadziła warsztaty dla uczniów i nauczycieli w szkołach. Zajmuje się szkoleniami dla pracowników ochrony zdrowia, zwłaszcza w obszarze Higieny Psychicznej. Obecnie prowadzi działalność w Centrum Pomocy Psychologicznej, Terapii i Edukacji „Verso” w Tychach.


Paweł Walewski: – Jak się pani udało oswoić śmierć?

Justyna Rutkowska: – Nie wiem, czy ją oswoiłam. Jednak w odróżnieniu od innych ludzi zdążyłam się z nią w pewnym stopniu pogodzić. Dotykałam tylu umierających, przeprowadziłam setki osobistych rozmów, że nie wydaje mi się już niczym niezwykłym. Nie bałam się śmierci. Byłam jej za to ciekawa. Mam tu na myśli głównie śmierć innych, nie swoją…

– Praca w hospicjum tę ciekawość zaspokoiła?

– Wielu nas za to zlinczuje, że hospicjum utożsamiamy tylko ze śmiercią – gdyż trzeba Polakom wciąż jeszcze nieustannie powtarzać, że wbrew panującemu stereotypowi hospicjum to nie umieralnia. Również się z taką opinią nie zgadzam, jednak ma pan rację: na II roku studiów psychologicznych poszłam na wolontariat do pracy w hospicjum, by być bliżej umierających i ich rodzin. Chciałam ich poznać i im służyć, jak aktywna harcerka, którą byłam przez całą młodość. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak wysoką zapłacę za to cenę.

– To był skok na zbyt głęboką wodę?

– Przyjęto mnie na wolontariuszkę bez żadnych kursów, przeszkolenia. Wtedy uznałam to za wyróżnienie. Od pierwszego miesiąca to ja już prowadziłam szkolenia w hospicjum dla innych, mimo, że byłam na początku studiów psychologicznych. O śmierci i emocjach z nią związanych miałam wiedzę na takim poziomie, jaki wynosi się z własnego domu, w którym kiedyś umarli dziadkowie. Ale gdy wysyłano mnie do pacjentów hospicjum domowego, czułam się przy ich agonii niezwykle ważna i potrzebna. Dziś wiem, ile ta pewność siebie znaczyła. Zajmowanie się śmiercią innych to nie jest prosta rzecz, a niewielu zdaje sobie z tego sprawę (nawet ci, którzy pracują blisko niej). Dzisiaj wiem, że pracowałam najlepiej jak potrafiłam, z miłością, wchodziłam w różne role, które sprawiały, że każdy pacjent mógł poczuć się dobrze i godnie umierać. Nie zawsze była to jednak postawa psychologa.

– Co mogło 23-letniej dziewczynie sprawiać satysfakcję w domach umierających?  

– Lubiłam pokierować rodziną. Ona przeżywała dramat, a oto ja przybywałam po to, by dawać wsparcie. Stawałam się członkinią tych rodzin. Zaangażowana, nie potrafiąca zachować żadnych granic. Nikt nad tym nie czuwał ani mnie nie powstrzymywał, choć było to szalenie nieprofesjonalne i niszczące. Po pięciu latach takiej pracy – w świątek, piątek i niedzielę – momentami byłam jak marionetka poruszana oczekiwaniami i potrzebami innych.

– Na każde wezwanie?

– „Cześć Justyna, pan zmarł. Czy możesz przyjechać, bo rodzina jest w panice?” Godzina 23, a ja mówię zasypiającym rodzicom, że jadę na zgon. Pomagałam myć ciało i obracać je. Przytuliła się do mnie żona zmarłego pana, z wielkim płaczem, a dom niezauważalnie wypełniał się ludźmi.

– Nie czuła się pani w tych domach obco?

– To było jak misja, której nie wolno lekceważyć. Musiałam sama nauczyć się przebierania pampersów po zgonie, w których był nie tylko kał, ale też inna wydzielina. Po toalecie klękałam z rodziną i modliliśmy się. Często chciałam zostawać dłużej, aby ubierać ciało, zamykać oczy, wkładać do rąk różaniec. Instruowałam, kiedy dzwonić po bliskich, lekarza, księdza, kiedy zapalać gromnicę. Byłam silna, nic mnie nie ruszało, w swoim przekonaniu wiedziałam, co mam robić.

– Bez strachu?   

– Z początku nie mogłam napić się herbaty w mieszkaniach przesiąkniętych zapachem wydobywającym się z rurki tracheotomijnej (rodziny proponują, po kilku wizytach domowych w ciągu dnia, jeżdżąc między osiedlami dobrze jest napić się herbaty). Ale szybko nauczyłam się obsługiwać ssak do odsysania śliny i wydzieliny z płuc. Nie mogłam też przyzwyczaić się do pacjentów nieustannie wymiotujących, z miską czy nawet wiaderkami przy łóżku, albo wciąż plujących, charczących i odkrztuszających żółto-zieloną maź, z pokładami ligniny na poduszce koło głowy. Powstrzymywałam się, żeby samej nie zwymiotować. Najgorsze było jednak to, że jako wolontariuszka pracowałam intuicyjnie, bez żadnych instrukcji, wiedzy i wglądu. Na studiach psychologicznych nie poruszano tematów śmierci, raka, żałoby.

– Bo to w Polsce wciąż temat tabu?

– Niemal całkowicie wyparliśmy ją ze świadomości. To widać po emocjach, z jakimi borykają się konfrontowane z nią rodziny. Nie ma różnicy, czy dom inteligencki, profesorski, czy prostych ludzi – w każdym jest ogromny mechanizm wypierania. Bardzo wielu ludzi nie chce przyjąć do wiadomości, że śmierć nie jest odosobnionym wydarzeniem, które spotyka tylko naszych bliskich, ale ogólnym doświadczeniem, ostatecznym losem każdego żyjącego stworzenia.  Choćby stan terminalny trwał tygodniami, najbliżsi nie potrafią przygotować się do ostatniego pożegnania. Wciąż jest za wcześnie, często w panice.

– Jakbyśmy chcieli zaklinać rzeczywistość?

– Gdy nieuleczalnie chory pacjent wypisywany jest ze szpitala do domu i wiadomo, że nadchodzą jego ostatnie dni, zmienia się cała logistyka życia. Włącznie z tym, że niektórzy postanawiają kupić sokowirówkę, by przygotowywać sok z ożywczych buraków, zmieniają nawyki, wydają ogromne pieniądze na różne czynności „ratujące”. Pojawiają się konflikty, każdy ma inne potrzeby i każdy ma pomysł na to, jak pomóc osobie chorej. Zabiera to mnóstwo czasu i energii, więc nie starcza ich już na to, by zbliżyć się do siebie.

– Czy na śmierć bliskiej osoby można się w ogóle przygotować?

– Na to ma wpływ m.in. wzajemna relacja przez całe życie. I wcale nie chodzi o stopień pokrewieństwa, lecz na ile relacja ta była uczciwa i szczera, w jakim stopniu wobec siebie byliśmy otwarci.

– Pokora wobec nieuchronności śmierci chyba też jest ważna?

– Nie można dawać fałszywej nadziei. Ale należy pokazywać ją w krótkiej perspektywie: że chory zje następny posiłek i nie zwymiotuje, że leki przeciwbólowe będą skuteczne, że spędzi czas razem z najbliższymi. Na początku pracy w hospicjum wydawało mi się, że jak zapytam „czy chce pan/pani żyć?”, to dodam podopiecznym energii. A to był błąd, bo moim zdaniem jest dostroić się do drugiego człowieka, przyjąć jego depresję, pobyć w niej razem z nim. W stanie terminalnym nie zadaje się takiego pytania!

– Trudno mieć doświadczenie w żegnaniu najbliższych.

– Przygnębiony mąż chorej na raka pacjentki powiedział mi: pierwszy raz w życiu umiera mi żona… Tak! Stąd stres, panika, bo wszystko, co nowe wzbudza emocje. Nie można z wyprzedzeniem nauczyć się swoich reakcji, można je mieć jedynie zaplanowane, ale to z założenia nie jest już prawdziwe. Jeśli w rodzinie umiera kilka osób w krótkim odstępie czasu, to scenariusz za każdym razem będzie podobny i łatwiej się z nim oswoić, bez względu na bolesne okoliczności takiej sytuacji. Niedoświadczony kierowca również ma mokrą od potu koszulę, gdy przejeżdża pierwszy raz przez trudne rondo. Gdy będzie na nim trzeci raz – jedzie spokojniej, bo już wie, czego się spodziewać, co robić, a czego nie.

– Lepiej być pocieszającą wróżką czy przytomnym praktykiem jeśli chodzi o kontakty z rodziną stojącą przy łóżku umierającej osoby?

– W warstwie powierzchownej każdy potrzebuje otuchy, bo to pomaga się pozbierać (na chwilę!). Ale nie ma sensu pocieszać, kiedy wiadomo, że nie zostaniemy zrozumiani: „Co pani może wiedzieć, przecież moje życie wywróciło się do góry nogami”. Gra w pocieszanie niczego w takim wypadku nie załatwia. Jest jak zabawa dzieci w chowanego, którym wydaje się zza firanki, że nikt ich nie widzi. Początkowo trzymałam za rękę, byłam z umierającym i jego rodziną 2-3 godziny, a nieraz dłużej. Ale to nie było profesjonalne.

– Jakich rad należało udzielać?

– Często od przytomności osoby stojącej z boku zależy, czy śmierć będzie godna i spokojna. Nieraz nie ma czasu na morały, bo byłam świadkiem, jak w jednym pokoju umiera kobieta, a w drugim jej mąż stoi przy prasowaniu i mówi do mnie: „Żona nie chciała dziś niczego jeść, może zje po południu, jutro ma przyjść rodzina, może warto zadzwonić po lekarza, a w ogóle to trzeba by upiec ciasto, bo idą święta”. A przecież nie był to czas na prasowanie obrusa ani myślenie o wypiekach, bo za chwilę ona nie będzie żyła i on nie zdąży się z nią pożegnać! To był mój problem: jak delikatnie, ale konkretnie i z taktem, zachęcić do działania nie odzierając rodziny z nadziei, która i tak niepostrzeżenie wygasa, jak ognisko…

– Czy to był powód wypalenia zawodowego, jaki pojawił się w pani pracy?

– Śmierci się nie bałam, ale nie wiedziałam, co do mnie należy. Robiłam wszystko i nic, oddając całą siebie. Zespół medyczny potrafił mi zarzucić, że po mojej wizycie – już jako psycholożki z certyfikatami różnych szkoleń – umierający pacjent bywa bardziej roztrzęsiony. Słyszałam, że źle pomagam, bo po moich wizytach pacjenci płaczą, a moim zadaniem było ich pocieszać. Ale oni mieli za sobą pierwszą okazję, by znaleźć kontakt z samym sobą, gdyż wcześniej nikt nie chciał lub nie miał czasu z nimi głęboko rozmawiać.

Pierwszy raz na głos oczyszczają się z jakichś tajemnic i swoich uczuć. To przecież jest poruszające… To, że puszczały emocje po moich wizytach, to raczej dobry objaw, dla nas wszystkich.

– Czy wyzwolenie w umierających, nieraz w samotności, tak trudnych emocji jest potrzebne?

– Nie robię tego specjalnie. Po prostu siadam, przedstawiam się i słucham. Nieraz trzeba rozbroić bombę, mówiąc: „Proszę coś powiedzieć o sobie”. I ktoś zaczyna: „Byłam nauczycielką, dzieci mnie opuściły, mam 40 lat…” Rozmawiamy o tym, co dla tej osoby jest ważne. Wiele z tego co się dzieje w tej rozmowie zależy od tego, co pacjent do niej wnosi, a nie to, co ja. To jego historia, pragnienia, tęsknoty, uczucia, jego czas…

– Na tym polega rozliczenie z własnym życiem?

– Tak, bilansowanie swojej przeszłości dzięki swobodnej rozmowie, bezpiecznej przestrzeni na mówienie… Poszukiwanie szczerości, oglądanie przeszłości, żegnanie się z przyszłością. A zespół medyczny często sądzi, że psycholog jest mediatorem, który ma zadanie pogodzić rodzinę przy łóżku umierającego. Albo że powinien być pedagogiem, który m.in. wytłumaczy co powinni robić w momencie stwierdzenia przez lekarza zgonu, pielęgniarką, która poprawi pościel. I jeszcze opiekunką dzieci, która się nimi zajmie żeby nie płakały(!)

– Śmierć we własnym łóżku staje się coraz rzadsza.

– Bo szpital traktowany jest jak miejsce, gdzie zdarzają się cuda. Pacjent w agonii, ale rodzina dzwoni po pogotowie. Ratownicy tłumaczą, że nic nie da się już zrobić, ale domownicy wpadają wtedy w furię. Karetka zabiera więc pacjenta i on umiera w drodze do szpitala lub na izbie przyjęć. Rodzina nie chce zgonu w domu, bo prześcieradło może się pobrudzi, bo duchy… Ale przede wszystkim – by mieć czyste sumienie, że zrobiono wszystko, by kogoś wskrzesić. Ilu chorych mogłoby umrzeć spokojnie i godnie w swoim mieszkaniu, na swoim łóżku bez tej bezsensownej szarpaniny. Z jakiego powodu mamy im to zabierać w ostatnich minutach?

– Nie godzimy się na to, że śmierć jest nieodwołalna?

– Zrozumiałabym to w pewnym sensie, gdyby ta niezgoda była powodowana wyłącznie miłością, żalem, tęsknotą, brała się z jakiejś irracjonalnej nadziei. Chociaż miłość, to też wolność, to umiejętność puszczania, nie zawłaszczania… Ale częstym powodem takiego zachowania są niezałatwione sprawy spadkowe, czyli mówiąc krótko: pieniądze! Ponieważ wypieramy śmierć przez większość życia, w jego ostatnim momencie jesteśmy kompletnie nieprzygotowani. Często powtarzam rodzinom: teraz jeszcze jest czas, kiedy wszyscy są ze sobą w kontakcie, by pozałatwiać sprawy w banku, ustalić własność mieszkania, porozmawiać o testamencie. Jest czas, by o pewne rzeczy zapytać. Bo kiedy za tydzień wrócę do tego domu, może być już za późno. Wcale nie dlatego, że stan chorego się pogorszy lub umrze. Ale może być bardziej senny pod wpływem silniejszych leków przeciwbólowych – nie będzie cierpieć, będzie jednak mniej czasu na rozmowę.

– Ostatnia szansa, by nie wyrzucać sobie potem, że czegoś ważnego sobie nie powiedzieliśmy?

– Rodziny bardzo często boją się tych szczerych rozmów z umierającymi: „Nie będziemy wspólnie oglądać albumów ze zdjęciami, żeby ojciec nie odniósł wrażenia, że już umiera”. A w istocie najbardziej świadomi śmierci są ci, którzy umierają. I mówią nieraz takie rzeczy psychologowi lub pielęgniarce, których nie chcą powiedzieć bliskim, aby ich nie zmartwić. Często słyszałam od rodzin: „Proszę nie mówić, że pani jest z hospicjum.” A pacjenci widzą swoje wyniszczenie, kroplówki, przecież czują, że ubywa im sił. Czasami jedzą tylko po to, aby nie urazić osób, które się nimi opiekują. Zaprzeczanie na pewno nie sprzyja przygotowaniu do spokojnego odejścia! Wtedy mówiłam: teraz jest jeszcze dobry czas, aby państwo sobie podziękowali lub za coś przeprosili. Ten czas może trwać jeszcze długo, ale będziemy to już mieli za sobą. Odchodzenie będzie spokojniejsze a samo pożegnanie szczere.

– Tylko jak się przełamać, otworzyć, jak dobrać ten właściwy klucz?

– Wystarczy czasami zapytać. Bo ileż razy jest tak, że mąż odwraca wzrok od chorej żony i o niczym nie mówi, a ona milczy, bo się boi do niego odezwać – i stan takiego zawieszenia trwa tydzień lub dwa. Więc proszę zapytać żony: „Czy jest coś, czego się obawiasz?” Albo: „Widzę, że się nie odzywasz cały dzień, więc zastanawiam się, co możesz myśleć. Wyobrażam sobie, że coś przeżywasz. Mnie też jest smutno i przykro, że jesteś chora i zależy mi na twoim zdrowiu”. W rodzinach, gdzie dorośli nie potrafią się do siebie przytulić i funkcjonują jak sąsiedzi, taka rozmowa jest bardzo trudna. Ale nie zdarzyło mi się, by namówieni do niej małżonkowie później tego żałowali. Kluczem jest również milczenie – rozmowa którą zewnętrznie wypełnia milczenie, a wewnętrznie pojawia się bardzo dużo słów, emocji, wspomnień… Nie przerywajmy jej. Umieć ze sobą milczeć jest sztuką miłości.

– Czy nie lepiej umierać samotnie niż w podzielonej, targanej konfliktami rodzinie?

– Ciężko umiera się w samotności. Choć śmierć jest bardzo intymna, zależymy od innych, właśnie wtedy potrzebujemy bliskości.

Wtedy mamy poczucie, że byliśmy dla kogoś ważni – zawsze ktoś nas wita na świecie, więc z jakiego powodu nie ma nas też ktoś żegnać? Warto tak żyć, aby odchodzić u boku kogoś bliskiego. Starałam się nauczyć rodziny, jak powinny same myć pacjenta w stanie terminalnym, choć czasem natrafiałam na wielki opór. Ale taka pielęgnacja to nieraz jedyna szansa na odrestaurowanie bliskości.

– Ile można wytrzymać przy śmierci?

– Początkowo nie zdawałam sobie sprawy, że żyjąc obok niej tak blisko i tak często, niszczę samą siebie. Po około pięciu latach już czułam, że coś jest nie tak. Potrzebowałam więcej snu, stałam się płaczliwa, straciłam ochotę na kontakty towarzyskie. Czułam się oblepiona ludzkimi tragediami i nie potrafiłam się z nich otrząsnąć. I… coraz więcej się angażowałam. To były pierwsze oznaki wypalenia. Przez prawie 15 lat byłam w hospicjum jedynym psychologiem, który przez pierwszych 10 lat nie miał obok siebie żadnego wsparcia psychologicznego, żadnej superwizji. W końcu mimo niechęci przełożonych sama się o nią wystarałam i korzystam do dzisiaj. W ostatnim momencie, bo byłam coraz bardziej odcięta od własnych uczuć, myśli, pragnień, jakiejś podstawowej wrażliwości na samą siebie.

– Zmieniła pani swoje podejście do śmierci?

– Chyba nie, ale do pracy z umierającymi i ich rodzinami tak. Superwizja dała mi dojrzałość, spokój, zrozumienie pacjenta na głębszym poziomie. Moim superwizorem przez pięć lat była psychoonkolożka, psychoterapeutka Jadwiga Koźmińska-Kiniorska, za co jestem Jej bardzo wdzięczna – za Jej cierpliwość, wrażliwość i mądrość. Nauczyła mnie myśleć, jak psycholog, psychoterapeuta i nauczyła mnie, jak czuć samą siebie. Otrzymałam wiele dobrych rad i bardzo cennych interpretacji, niektórymi dzieliłam się potem z wolontariuszami, których corocznie szkoliłam (bo mnie na początku pracy nikt o tym wszystkim nie powiedział: nie możecie wyzbywać się poczucia humoru, warto mieć ustabilizowane własne życie i pasje, trzeba mieć kontakt ze swoją wrażliwością). Cała reszta – umiejętność komunikacji, cierpliwość – to sprawa wtórna, bo tego można się nauczyć i z czasem w sobie wykształcić.

Od kilku lat mogę o sobie powiedzieć, że jestem doświadczonym psychologiem, który pracuje profesjonalnie i świadomie.

Młodzi idąc do pracy w hospicjum robią błąd angażując się bez reszty. Jakby chcieli umierać z kimś, umierając we własnym życiu. Tymczasem trzeba znaleźć odskocznię, która będzie równoważyć ciężary, jakie bierzemy na siebie, która pozwoli zachować zdrowe granice a dzięki temu zadbać o higienę psychiczną.

– Trzeba nieraz odejść od śmierci i zająć się własnym życiem?

– Zamierzam wspólnie z Jackiem Santorskim zorganizować seminarium i warsztaty na Śląsku dla kadry zarządzającej placówkami medycznymi, w której m.in. zwrócimy uwagę na kompetencje osób nadzorujących pracę ludzi na różnych szczeblach. Bo nie może być tak, by w kontaktach z pacjentami pielęgniarki, lekarze i wolontariusze zapominali o własnej higienie psychicznej lub by wręcz im mówiono, że jest ona niepotrzebna. Inną sprawą są też nadużycia wzajemnie w zespole – duże oczekiwania. Im więcej nieuświadomionych lęków, im częsta ekspozycja na śmierć, nieustanna z nią konfrontacja, tym więcej pojawia się nieuświadomionych wewnętrznych konfliktów, które ujawniają się na początku w zespole w formie agresji, frustracji, zarzutów, potem przenosi się to na rodzinę. Gdyby moi szefowie dali mi wskazówki na początku mojej pracy, myślę, że nie przeżyłabym bolesnego wypalenia zawodowego. Sami też wzajemnie u siebie nie zwracają na to uwagi. Jest taki rodzaj jakby kultu: trzeba pracować bardzo dużo i ciężko, bardzo się poświęcać, nie prosić o podwyżki, nie cenić się, nie chwalić, nie wyróżniać. Być do dyspozycji niemalże całodobowo. Ja doświadczałam często takich postaw zarządzających. To wszystko nie zmienia faktu, że lubiliśmy się wszyscy w zespole, ceniliśmy i potrafiliśmy podtrzymać dobre relacje. Cechowało nas dobre poczucie humoru i dobra współpraca.

– Więc jednak niełatwo żyć obok śmierci?

– Jest wiele prawdy w powiedzeniu, że tak jak żyjemy – tak odchodzimy. Śpiewa o tym Edyta Geppert przywołując tekst Jacka Cygana: Jakie życie, taka śmierć… Jeśli nie mamy w sobie żalu, poczucia krzywdy w życiu, nie obwiniamy innych za swój los, to i śmierć będzie łatwiejsza do zniesienia, gdyż nie będziemy zarzucać światu, że jest niesprawiedliwy albo że ukarał nas Bóg. Nie ma wtedy tej całej szarpaniny: może jeszcze jedna kroplówka, może inny zastrzyk, może nowy lekarz, jakiś znachor. Same roszczenia, pretensje… Ten czas trzeba wykorzystać inaczej: na wzbudzenie w sobie miłości do bliskich osób. Aby nie żałować, że nie powiedzieliśmy sobie, jak bardzo się kochamy.