Nie stój bo się przewrócisz – część I
Kwiecień 8, 2019
OSWOIĆ ŚMIERĆ – 30.10.2017. POLITYKA
Kwiecień 8, 2019

BOGOWIE SĄ WYPALENI – 30.10.2017. Duży Format Gazeta Wyborcza

Bad news

ŹRÓDŁO:

http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,22572517,w-hospicjum-lekarze-i-psycholodzy-pracuja-non-stop-bogowie.html

  • WYWIAD z Justyną Rutkowską
  • Aleksandra Szyłło
  • 30 października 2017

Justyna Rutkowska – psycholog, trener pracowników ochrony zdrowia w zakresie higieny psychicznej i komunikacji, w trakcie studiów psychoterapeutycznych w nurcie psychodynamicznym. Specjalista w dziedzinie psychoonkologii. Interesuje się psychoneurobiologią i psychosomatyką


Po 15 latach odeszła pani z pracy w hospicjum.

– Dokładnie po 14 latach i 9 miesiącach. Ta decyzja dojrzewała we mnie co najmniej od trzech lat. Było przewlekłe zmęczenie mimo dużej ilości snu. Brak rytmu, codziennych rytuałów, życia poza pracą. Spośród wąskiego grona przyjaciół regularny kontakt utrzymywałam z kilkoma osobami, w tym dwie były z hospicjum.

Cały czas się dokształcam, z uwagi na podjęte studia psychoterapeutyczne od czterech lat przechodzę własną psychoterapię. Moja psychoterapeutka często dziwiła się, że tak „łatwo” mówię o śmierci, że mnie to nie porusza. Miałam wielkie szczęście, że pięć lat temu poznałam profesjonalną psychoonkolożkę Jadwigę Koźmińską-Kiniorską ze Świętokrzyskiego Centrum Onkologii w Kielcach. Zauważyła: „Masz smutne oczy, nie bawisz się”. Poprosiłam ją o superwizję, która trwała pięć lat. Spotykałyśmy się raz na kwartał, czasem co miesiąc. Mozolne, cierpliwe rozmowy sprawiły, że zaczęłam się „roztapiać”, czuć i rozumieć siebie.

Jest też inna, prozaiczna, przyczyna odejścia z tej pracy. Żeby się utrzymać, zawsze musiałam mieć drugi etat i jeszcze pacjentów w gabinecie prywatnym. Jednocześnie praca w hospicjum była na pierwszym miejscu – tam nie odmawiamy. Przez lata traktowałam jako normę, że zdarzało się, że pracowałam w niedzielę, np. o godz. 23, albo w weekend godzinami rozmawiam przez telefon służbowy. Że jestem na wezwanie: pacjenta i zespołu.

Przeszła pani drogę od wolontariuszki, po asystentkę prezesa, rzecznika, koordynatora wolontariuszy, sekretarza, psycholożkę, terapeutkę i szkoleniowca.

– Pracę w hospicjum zaczynałam jako studentka drugiego roku psychologii, ledwie po dwudziestce. Do tej wiedzy, którą dziś mam, dochodziłam dwutorowo: nieustannie dokształcając się oraz na podstawie własnego doświadczenia, często z trudem.

Dlaczego?

– W naszym zespole panowała niepisana umowa: jesteśmy mocni. Mało zarabiamy, ale to jest wartość, bo przyświecają nam idee chrześcijańskie. Czasem miałam wrażenie, że panował brak akceptacji dla słabości, chociażby chwilowej. Im więcej się robi, tym lepiej. Fakt, że przynajmniej połowa twojej pracy nie jest opłacona, przyjmujemy w takiej organizacji jako normę. Wśród lekarzy, ale też pielęgniarek, wolontariuszy panuje przekonanie o omnipotencji. Możemy być pod telefonem w każde święta, każdy weekend, w nocy.

Nie potrzebujemy superwizji. To na szczęście powoli zaczęło się w ostatnim czasie zmieniać. Członkowie zespołu pracującego latami w takim trybie odreagowują nieświadomie.

W jaki sposób?

– Porównujemy się, jesteśmy aroganccy, jeden drugiemu stawia zarzuty i wyśrubowane oczekiwania. Część pracowników, między innymi ja, miała za mało życia prywatnego. U niektórych osób to mogła być świadoma decyzja o poświęceniu się sprawie. Ja w pewnym momencie musiałam skonfrontować się z myślami o utraconej połowie życia. Czasem słyszałam, jak koleżanki mają przebłyski typu: „Znowu nie zdążyłam nic kupić dzieciom na śniadanie do szkoły”. Chwila takiego żachnięcia, że ciągle mi coś w domu ucieka. Ale nie przystają, nie analizują głębiej. Dlaczego kolejny raz nie ma nic w lodówce? Dlaczego nie mam głowy do tego, by dzień wcześniej zaplanować zakupy? Często pojawiają się konflikty w małżeństwach, bo mężczyźni nie wytrzymują żony wiecznie nieobecnej. Wiszącej w weekend i wakacje na telefonie. A ona rozmawia o czyjejś śmierci, więc uważa, że to pilniejsze od stygnącego obiadu.

My, pracownicy hospicjum, to ci „ludzie z dobrym sercem”. Granice tej pracy są tabu w zespole.

Choć, fakt, przez tych 15 lat coś drgnęło. Jak przyszłam, każdy był na telefon zawsze. Kilka lat temu pojawiły się dyżury: wigilijny, noworoczny, nocny. Ale wciąż na palcach jednej ręki mogę policzyć rozmowy, w których ktoś z pracowników mówił mi o potrzebie granic, o jakiejś słabości. Niemal nigdy nie byli to lekarze. Mówiąc to, chcę podkreślić, że z każdym rokiem tych lekarzy bardziej doceniałam, bo lepiej rozumiałam ich pracę. Zaczęłam jednak widzieć, że brak granic stawia pod znakiem zapytania jakość tego, co dajemy pacjentom. Myślałam: na ile działanie pracownika hospicjum jest dla pacjenta, a na ile zaspokaja jego samego. Jego wyobrażenia o sobie. Kiedy doszłam do mojej prywatnej ściany i zaczęłam próbować stawiać w pracy granice, spotkało się to z niezrozumieniem. Dlaczego nie możesz przyjąć dzisiaj dodatkowych dwóch pacjentów? Bezpłatnie, oczywiście. Odpowiedź jest prosta. Przestajesz być zaradna, zawodzisz.

Dlaczego to lekarze są najbardziej oporni na wiedzę o higienie psychicznej w swojej pracy?

– Lekarze wiedzą bardzo dużo o higienie psychicznej. Ale mam wrażenie, że często nie przekładają tego na swoje życie zawodowe. Kiedy próbowałam na ten temat rozmawiać podczas szkoleń, jakie prowadziłam, wychodziło, że już na studiach zrobiono z nich „bogów”. Lekarz wkłada biały fartuch i nie choruje.

Lekarz musi wiedzieć i mieć siłę. A jeśli musisz być bogiem, to często odcinasz się od swoich prawdziwych emocji, nie ma miejsca ani czasu na słabość.

Proponowałam różne szkolenia dla naszego zespołu dotyczące komunikacji, asertywności czy form superwizyjnych. Pracownicy medyczni bardzo często nie mają wiedzy w zakresie profesjonalnej komunikacji, zwłaszcza w sytuacji tzw. zdarzeń niepożądanych w relacji z pacjentem czy rodziną. Nie ma takich zagadnień i ćwiczeń na ich studiach. Ale nie chcieli wziąć w nich udziału. Dzisiaj wiem, że to nie wynikało ze złości czy braku sympatii do mnie. Myślę, że wynika to z roli „omnipotentnych”, jaką kazano im zacząć grać już na studiach.

Może po prostu nie mają czasu na szkolenia?

– Oczywiście, polscy lekarze często pracują na dwa, trzy etaty ze względów m.in. finansowych. Wówczas – przemęczeni – tym bardziej odcinają się od własnych potrzeb. Szkolą się bardzo dużo, ale wyłącznie pod kątem medycznym. Pracują pod dużą presją.

Lekarze nie rozumieją roli psychologa?

– Zdarzało mi się słyszeć, że gdyby nie wymóg w kontrakcie z NFZ, to psycholog w hospicjum nie byłby potrzebny. „Też jestem psychologiem” – często mówią. „Też miałem psychologię na studiach”. Albo: „W moim domu też robię za psychologa”.

Nieraz słyszałam: „Po twojej wizycie pacjenta rozbolała głowa”, „Rodzina dalej nie współpracuje”, „To nie jest terapia…”. Takie uwagi wynikały z niezrozumienia charakteru mojej pracy. Psycholog to nie antydepresant. Nie można oczekiwać, że przyjdzie na godzinę, ukoi i sprawi, że na przyjście lekarza pacjent już jest spokojny. Może się zdarzyć, że pacjent w rozmowie ze mną zechce pozwolić sobie na złość, jakąś osobistą, bolesną tajemnicę. Tak, potem może boleć go głowa, może być senny i zamknięty albo pobudzony. Ale to był przecież potrzebny z jego punktu widzenia proces. Proces godzenia się z sobą. To jest ogromny wysiłek – mierzyć się ze sobą i przyglądać sobie, kiedy trzeba przygotować się nie do życia, ale do odejścia.

Mówi pani, że lekarzom zdarza się już po pierwszym zdiagnozowaniu stanów depresyjnych czy lękowych u pacjenta paliatywnego proponować antydepresanty. Czy to źle? Jaka jest wartość w tym, żeby w hospicjum takich środków unikać?

– Sama możliwość otrzymania takich leków nie jest zła, czasem konieczna. Ale też nie każdy pacjent tego chce. Takie leki wyciszają, przytłumiają, usypiają. Przy odpowiedniej opiece psychologicznej może się okazać, że pacjentowi antydepresanty nie zawsze są potrzebne. Trzeba sobie zadać pytanie: czemu ma służyć podanie antydepresantów i kto ma na tym skorzystać – komu i w czym ma to pomóc.

Jakie jest w ogóle zadanie psychologa w hospicjum? Czy psycholog może pomóc na strach przed śmiercią?

– Pracy w hospicjum nie można porównać do pracy w poradni czy gabinecie prywatnym, gdzie pacjent wchodzi na 50 minut, a potem umawiamy się na za tydzień o tej samej porze. Tu potrzeby i rodzaj pomocy czy interwencji muszę oceniać na bieżąco, nierzadko skupić się na czymś innym niż typowa praca psychologiczna, np. na logistyce powiązanej ze stanem fizycznym pacjenta. Pacjent może być w dużym bólu fizycznym albo bardzo senny, albo wymiotujący, zatem termin wizyty czy czas jej trwania trzeba zmienić. Byłam z wizytą u dziewczyny przed dwudziestką. Ona nie ma ochoty ze mną rozmawiać, a ja widzę, że jest przede wszystkim bardzo samotna. Siedzi cały dzień w fotelu, rodzice w pracy. Proponuję jej wolontariuszy hospicyjnych w podobnym do niej wieku. Tu nie potrzeba terapii. Oni przychodzą regularnie, spędzają razem czas po młodzieżowemu. I tak przez jeszcze kilka miesięcy. Ja się wycofuję, zapewniając gotowość pomocy.

Do 18-letniego Roberta pojechałyśmy razem z pielęgniarką. Mieszkanie dość duże, brudne. Matka na rauszu, ojciec tak pijany, że nie wstaje z łóżka. Robert leżał w samych szortach, nieprzykryty, okno w pokoju otwarte, choć nadchodziła zima. Podchodzimy z pielęgniarką i widzimy, że chłopiec jest w agonii. Wychodzę z jego pokoju i mam zadanie. Szybko, ale jakoś bardzo delikatnie powiedzieć matce, żeby poszła do syna i trzymała go za rękę, ponieważ on odchodzi. A ona ma jakieś zupełnie inne rzeczy w głowie, coś mi zaczyna opowiadać, co będzie za tydzień. A ja czuję, że muszę zdążyć. Ona musi zdążyć. Obie musimy. W międzyczasie dzwonię po księdza, pielęgniarka prosi matkę o gromnicę. Żeby zdążyć tę chwilę godnie przyjąć. Przychodzi ksiądz, taki wielki, sympatyczny. Przez dom ciągle przechodzą różni ludzie, dzieci, rodzina, sąsiedzi. W pewnym momencie ojciec wybudza się i rzuca ze szlochem na syna, mocno go przytulając. Może dociera do niego, co się dzieje? Nagle podnosi się od łóżka Roberta i rzuca się na księdza, mnie popycha. Jest jeszcze większy od księdza. W międzyczasie wzywamy pogotowie i policję. Sytuację uratowała lekarka hospicjum, która właśnie stanęła w drzwiach. Przyjechała na telefon pielęgniarki, aby stwierdzić zgon. Znała tego ojca. Jej posłuchał. Zdążyliśmy. Robert odszedł przy cichej modlitwie w obecności matki.

Zawsze proponowała pani księdza?

– To zależy od pacjenta i rodziny. W rozmowie z panią mogę pożartować, że choć ja często proponowałam księdza, żaden z nich nie proponował pomocy psychologa. Ale oczywiście moje osobiste relacje z Kościołem nie mają tu nic do rzeczy, liczy się pacjent. Nie proponowałam nigdy księdza zamiast psychologa, tylko obok.

Wracając do mojej roli w hospicjum, pracę stricte psychologiczną z pacjentem, rozumianą jako pewien świadomy proces, do którego z otwartością i chęcią przystępują pacjenci oraz ich rodziny, który pokonujemy w szeregu konsultacji, traktowałam jako wyjątkowy przywilej. Do takiej pracy pacjent musi być gotowy i chętny. W takim ujęciu to było rzadkie. Najczęściej to były małżeństwa. Dobre, świadome, takie, co to przeżyły ze sobą kawał życia. Takie, w których jest szacunek. Taki był pan Bogdan i jego żona Ola. Inżynier, znana osoba w mieście. W tej rodzinie nie było rywalizowania, kto ma rację. Było ciepło. Mężczyźnie w sile wieku nie jest zapewne łatwo czy miło spotykać się z młodą kobietą, psycholog, kiedy on ma karmienie dojelitowe, nie może już wyraźnie mówić, nie kontroluje wycieku śliny. A w tym domu byłam przyjmowana z wdzięcznością. Towarzyszyłam przy przechodzeniu przez kolejne, naturalne etapy przez ponad pół roku: szok, złość, nieprzyjmowanie choroby do wiadomości, targowanie się z chorobą, przez stany depresyjne, aż po wyciszenie, akceptację.

Kim jeszcze się pani zajmowała?

– Osobną grupą pacjentów hospicjum są staruszkowie. Tacy, co całe życie przeżyli na wsi, zajmując się gospodarstwem. Na ostatnim etapie życia, kiedy choroby odbierają im samodzielność, dorosłe dzieci, w dobrej wierze oczywiście, zabierają ich do siebie, do bloku w mieście.

Ci starsi ludzie w ogóle nie mogą się tu odnaleźć. Pozbawieni całego swojego świata, samotni. Praca z nimi polegała właściwie na dotrzymaniu towarzystwa, wysłuchaniu, powspominaniu, wykazaniu zrozumienia.

Jak trzeba było, wykonywałam proste czynności higieniczne, zmiana pampersa nie była dla mnie problemem. To nie była rola psychologa, ale rola człowieka. Razem z pielęgniarką edukowałyśmy też rodziny: jakie objawy, jak ulżyć, co z wenflonem, jak rozmawiać i dawać bezpieczeństwo. Po przeciwległej stronie byli pacjenci młodsi ode mnie. Młode matki albo kobiety, które nie zdążyły założyć rodziny. Dla nich nauczyłam się być jak najbardziej zwykła. Z delikatnym makijażem, bez zbędnej kolorystki w wyglądzie. Nie stroiłam się dla pacjentów, ale są różne sytuacje, czasem wracałam ze szkolenia, które prowadziłam, i byłam w marynarce i szpilkach na przykład. Czerwone paznokcie zazwyczaj nie są dla nas niczym szczególnym, ale pacjentkę mogą zablokować. Rażąco przypomnieć jej o tym, co traci, wywołać zazdrość i żal.

Jakie granice można sobie stawiać w pracy psychologa?

– Niezależnie od emocji psycholog nie powinien się w domu pacjenta stołować. „Pani tak biega, taka zmęczona, to może u nas obiadek/ciasto”. Herbata tak, więcej nie. Problematyczne są też prezenty, i to nie tylko ze względów finansowych czy moralnych. Jeśli przychodzę wieczorem do domu z ciasteczkami upieczonymi specjalnie dla mnie przez pacjentkę i z herbatą, którą specjalnie dla mnie kupiła mama innej pacjentki, to co się dzieje? Jem, piję i jestem cały czas dalej z nimi. Powinnam napisać SMS, że mi smakuje? Spytać, jak się czują? Wtedy nadal jestem w pracy czy w domu?

Jeśli pacjent upierał się, prosił, żebym przyjęła prezent, choćby drobny, próbowałam rozmawiać, jakie za tym stoją intencje, jaką to pełni funkcję w naszej relacji. Często jest tak: „żeby pani pamiętała o mnie cały tydzień”, „żeby pani pomyślała o mnie w niedzielę”, „chcę się odwzajemnić, zrewanżować się dobrem za dobro”. Trudno jest po godzinnej rozmowie pełnej bólu i emocji powiedzieć, że nie weźmie się czekolady czy mandarynek. Mam z tyłu głowy, że to spotkanie może być ostatnie. Dla nas przestrzeń tygodnia jest jak pstryknięcie palcem, dla pacjentów hospicyjnych oraz ich rodzin za tydzień może być już po uroczystościach pogrzebowych, sprzęt medyczny może być oddany, pokój pusty.

W zachowaniu higieny pracy ważne są ramy czasowe, a w hospicjum one i tak są trudne do ustalenia. Z niektórymi pacjentami mogę ustalić, że widujemy się raz w tygodniu na godzinę. Ale jeśli sytuacja była nagła, kryzysowa, jechałam i zostawałam nawet na pół dnia. To na szczęście było bardzo rzadko.

Moim zdaniem psycholog nie powinien też uczestniczyć w pogrzebach. Przez 15 lat dwa razy zrobiłam wyjątek.

Raz byłam pożegnać właśnie pana Bogdana. Poszłam dla siebie, żeby coś domknąć. Drugi raz byłam na pogrzebie pacjentki ze względu na jej małego syna, Marcina. Długo z nim pracowałam – w trakcie choroby matki, po śmierci, przed pogrzebem, przygotowywałam jego klasę i nauczycieli na całą tę sytuację. Wiedziałam, że ten pogrzeb będzie dla niego bardzo trudny. Szkoła zdecydowała, że przyjdzie cała jego klasa. Dzieciaki podchodziły do niego po kolei, nieśmiało, nerwowo składając kondolencje. On stał i musiał to wszystko na siebie przyjąć. Prowadząc później warsztaty w szkołach, w takich sytuacjach zawsze proponowałam, aby na pogrzebie rodzica ucznia była kilkuosobowa delegacja.

Nauczyłam się też, że psycholog nie wchodzi w kontakt fizyczny. W hospicjum trudno określić ramy pomocy, tzw. kontrakt terapeutyczny. Tym bardziej staje się ważne, aby te ramy i ten kontrakt mieć w sobie, mieć te zasady uwewnętrznione.

Nie potrzyma pani za rękę odchodzącego?

– Kiedyś tak robiłam. Ale po pierwsze, jest w tym jakiś rodzaj załatwiania swoich spraw, nawet niebezpieczeństwo samozadowolenia: „Każdego mogę trzymać za rękę do końca, zawsze daję radę, potrafię”. Trzeba zadać sobie pytanie: jakiego rodzaju to jest pomoc? W czym to pomoże? Bycie w kontakcie fizycznym to rola rodziny, przyjaciół. Psycholog nie powinien tego mylić. Nie powinien udawać przed sobą, że jest w stanie być przyjacielem każdego pacjenta. Mam służyć moim profesjonalizmem, to co innego. Oczywiście są sytuacje delikatne. Zdarzyło się, że żona pacjenta nagle wtula się we mnie. Zatrzymuję się, daję jej chwilę. Ale ja się nie przytulam. Przyjmuję, ale nie odwzajemniam, zwłaszcza nie inicjuję kontaktu. To bywa trudne, jesteśmy ludźmi. Nieraz chciałoby się zrobić coś więcej. Ale to są emocje, nie profesjonalna pomoc, ja za chwilę wyjdę z tego domu i ten kontakt się zakończy. Jeśli ktoś z tej rodziny zwróci się do mnie o pomoc w procesie żałoby, nie mogę mieć w doświadczeniu z nim kontaktu fizycznego. To narusza proces terapii i nie sprzyja leczeniu.

Z drugiej strony, może i ważniejszej, takimi zachowaniami obciążam samą siebie, wikłając się w zależności, w których pojawiają się uczucia przeznaczone nie dla mnie.

Błędy, o których mówię, najczęściej zauważałam u wolontariuszy. Są tacy, którzy „zaprzyjaźniają” się z każdym pacjentem, przekraczają granice, chodzą na każdy pogrzeb. Z psychologicznego punktu widzenia to jest bardzo nieprofesjonalne i może być krzywdzące dla obu stron.

Pani po pewnym czasie rekrutowała wolontariuszy.

– Szczególnie wnikliwie przyglądałam się takim, którzy mówili, że przyszli, bo ta praca „da im satysfakcję, będą się spełniać”. Albo w czymś w życiu „pomoże”. Najlepiej, żeby osoba, która przymierza się do roli wolontariusza w hospicjum, miała poukładane życie osobiste. Żeby miała i spełniała swoje pasje, miała poczucie humoru. I solidne przygotowanie zarówno pod względem pielęgnacji, jak i aspektów psychologicznych – na poziomie kompetencji wolontariusza. Jak czasami słyszałam, w jakie role wolontariusze wchodzą w domu chorego, co mówią, chwytałam się za głowę. Szkoliłam wolontariuszy, ale trudno monitorować ich zachowania, bo pomoc udzielana jest w domach, nie na oddziale. Tu ważną rolę odgrywałaby superwizja.

Realia są takie, że do wolontariatu najczęściej zgłaszają się osoby, które same przeszły utratę bliskiego albo poważny kryzys w życiu, chcą podziękować za coś Bogu.

To jest w porządku, trudno dyskutować z motywami, zwłaszcza gdy mają podłoże religijne. Ale relacja pracownik hospicjum – pacjent to musi być relacja dwóch dorosłych osób. Odpowiedzialność za zbudowanie tej relacji leży po stronie pracownika hospicjum. Pacjent może próbować ustawić takie role, do jakich jest przyzwyczajony albo jakich mu brakuje. Może chcieć być dzieckiem, lub odwrotnie – rodzicem, szefem. Naszą rolą jest utrzymać tę relację w ryzach. Otworzyć, podtrzymać i zamknąć.

Jakie błędy najczęściej popełniają rodziny chorych?

– Zdarza się, że rodzina za wszelką cenę dosłownie nie pozwala pacjentowi umrzeć. Zazwyczaj w tle jest jakaś niewyjaśniona sprawa, emocjonalna, majątkowa. Zadra, tabu. Może ktoś zdradzał. Teraz, w obliczu choroby, członkowie rodziny próbują pokazać, że „osoba chora jest najważniejsza”. Ale napięcie jest podwójne. Tamto ćmi. W takich rodzinach, wbrew pozorom, praca psychologiczna jest możliwa. Mogę próbować tworzyć pole do otwartej rozmowy. I w efekcie czasami do pojednania.

Najtrudniej wchodzi się do domu, gdzie nie odczuwa się emocji, choć wiem, że one są. Pamiętam luksusowy dom, w którym umierał ojciec. Gdy przychodziłam, jego dorosły syn zajmował się rozkładaniem przede mną gazet, żebym nie pobrudziła podłogi.

„Esteci” wbrew filozofii propagowanej przez hospicjum często wywożą chorego w ostatniej chwili na umieranie do szpitala. Żeby „to” odbyło się higienicznie. Zdarza się, że chory umiera w karetce, wniesiony tam przez rodzinę trochę na siłę, trochę z bezradności, lęku, zupełnie bez sensu. Zamiast zaznać w domu ostatniej chwili spokoju.

Bardzo ciężkie są relacje symbiotyczne między dorosłymi. W związku albo dorosłe dziecko – rodzic. „Nie możesz umrzeć, bo nie masz prawa mnie zostawić. Nie poradzę sobie bez ciebie. Bez ciebie nie będę żyć” – słyszy chory. Tacy chorzy bardzo długo męczą się, zanim wreszcie fizjologia jednak zwycięży i człowiek odchodzi.

Z drugiej strony pan Krzysztof w swojej suterenie. W średnim wieku. Koledzy praktycznie stale dotrzymywali mu towarzystwa. Ktoś powie: koledzy menele. Ale byli, dbali o niego. Ktoś regularnie przynosił zupę z opieki społecznej. Pan Krzysztof nie miał łóżka. Sypiał na starym fotelu, skulony. Gdy choroba rozwinęła się, spędzał w nim całe dnie. Gdy został pacjentem hospicjum, otrzymał specjalistyczne łóżko. Zostało wniesione do tego pokoju. Oblekłyśmy z pielęgniarką czystą pościel, akurat była nowa, piękna, od sponsora. Rozmawiałyśmy z panem Krzysztofem o książkach na jego półce. Nic nie wskazywało na jego bardzo ciężki stan. Po chwili koledzy zaprowadzili pana Krzysztofa do toalety, bo poprosił. Wrócili, położył się na tym nowym łóżku. I tak jakby szukał sobie na nim wygodnego miejsca. Już chciałam coś powiedzieć, ale poczułam, że pielęgniarka mnie szturcha, właściwie wbija mi łokieć w bok. Już wiedziała, co się dzieje. Pan Krzysztof rozłożył się w nowym łóżku i umarł.

Pamięta pani każdego pacjenta?

– Na szczęście jest jakiś litościwy mechanizm, który do tego nie dopuszcza. Ale codziennie jeżdżę samochodem po mieście i codziennie widzę, że już „wszędzie” byłam: ten balkon należał do tamtej babci, tą bramą chodziłam do tamtego chłopaka. Jestem czasem poznawana na ulicy. I kojarzę się ludziom z pracą w hospicjum.

Praca w hospicjum nieustannie konfrontuje nas z własną śmiertelnością. Ja drogo okupiłam lata pracy bez profesjonalnej opieki starszego stażem psychologa. Pamiętam sytuację: koleżanka spóźniła się na szkolenie. „Zawsze zawiadamiała” – pomyślałam i już stoję nad jej trumną. I już kombinuję, co zrobię, jeśli jej pogrzeb pokryje się czasowo z pogrzebem osoby z mojej rodziny. Po godzinie koleżanka wchodzi. „Sorry, dziecko mi się pochorowało, a telefon rozładował”. Miałam taki okres w życiu, w którym czułam, że zostało mi już mało tego życia, bo wszyscy obok odchodzą, że nie zdążę różnych rzeczy zrobić. Bałam się o bliskich, różne codzienne sytuacje kończyły się takim myśleniem, że ktoś umrze. Przeszłam długą drogę, zawodową i osobistą, żeby sobie z tym poradzić i uświadomić mechanizmy, jakie tym żądzą. Chciałam już odejść z hospicjum. Powodów było kilka. Chciałam zająć się życiem, rozwijać jako psychoterapeuta, rozwijać swoją firmę. Teraz zajmuję się szkoleniami dla pracowników medycznych, żeby uczyć, jak pracować w takim miejscu z zachowaniem granic i higieny psychicznej.

Justyna Rutkowska